Zanim zasiądziemy do stołu


Nie będzie o najładniejszych stroikach na Święta. Będzie o tym, że czasem tak strasznie trudno po prostu usiąść razem przy stole. I nie chodzi tylko o niezręczną ciszę (może nie byłaby taka zła), tylko o brak „razem”, o przepaść.

Są osoby, które po prostu nie obchodzą Bożego Narodzenia. Jadą w tym czasie na kilka dni urlopu i kłopotliwe spotkania rodzinne zostawiają za sobą. My Święta obchodzimy, choć dla higieny psychicznej zwłaszcza na samym początku wspólnego świętowania nie zawsze spędzaliśmy je z jedną albo drugą mamą. Raz nawet wyjechaliśmy z hukiem tuż przed Świętami 😉 Nie było to uprzejme, lecz z perspektywy czasu uważam, że dobrze nam zrobiło. Przez te 11 lat bardzo dużo się zmieniło i nie mam już potrzeby zaznaczać w ten sposób naszej odrębności. Teraz naprawdę się cieszę, że możemy być razem, a żałuję tylko tego, że nie da się być w dwóch miejscach naraz. Kiedyś takie oddzielenie było nam potrzebne, i w sumie jestem wdzięczna, że nasze mamy się z tym pogodziły (nie miały wyjścia hehe) i teraz dalej chcą spędzać z nami Święta.

Myślę sobie o osobach, którym naprawdę jest teraz ciężko. Jadą do domu, żeby pobyć z rodzicami, bo wiedzą, że to dla nich ważne (przecież to Święta). Jednak nie mają złudzeń ani oczekiwań co do tych spotkań. Włączają tryb przetrwania, ćwiczą small talki, ewentualnie przemyśliwują cięte riposty na niewygodne pytania.

W takich chwilach słowa o pojednaniu i przebaczeniu przy wigilijnym stole brzmią co najmniej pusto.

Komplikacje z przebaczeniem

Gdzie kryje się ta nuta fałszu? Wydaje się, że nie da się pojednać i przebaczyć, jeśli przez lata narosło dużo niezrozumienia, ran, przekroczeń. Jeśli z drugą stroną „nie da się porozmawiać” – nie ma nawet płaszczyzny porozumienia. I jeśli ktoś jest głuchy nawet na bezpośrednie sygnały, że to, co robi, narusza w jaki sposób mnie, moje wartości. Nie potrafi usłyszeć, nie potrafi inaczej się zachować.

Ok, tylko że – do przebaczenia nie potrzebujemy działania drugiej strony. Do pojednania i porozumienia – owszem, ale to dalsza część historii, która wcale nie musi nastąpić. Przebaczenie to mój wewnętrzny proces. Paradoksalnie – przejście go może mieć wpływ na zachowanie innych osób. Ale wcale nie musi. I to nie jest jego główny cel. W pierwszej kolejności przebaczam dla siebie – bo to mnie obciąża to, czego przebaczyć nie umiem. W przebaczeniu kryje się wymiar akceptacji tego, czego odwrócić się już nie da. Jednocześnie daje ono siłę do wyjścia z sytuacji, w której jestem raniona, do jej zmiany.

Ale jest jeszcze jeden problem. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że przebaczenie to akt woli. Liczy się to, że chcę przebaczyć. Trudne emocje mogą jeszcze trwać. I jest to częściowo prawda. Chęć przebaczenia jest bardzo ważna. Jednak dla mnie w tym podejściu jest ryzyko, że emocje, które są, zostaną gdzieś wyparte, zepchnięte, zaprzeczone. A bez zatroszczenia się o nie przebaczenie nie będzie pełne, uzdrawiające, uwalniające – takie jakie może być.

Być może konieczne jest przepracowanie trudnych emocji. Czasem trzeba je przeżyć jeszcze raz. Czasem są ukryte w ciele, w bólu lub napięciu. I to nie brzmi, jak sprawa, którą da się załatwić na parę dni przed Świętami.

Masz wybór

Dlatego jeśli teraz jesteś w takiej sytuacji, że na myśl o wigilijnej kolacji zaczyna boleć cię brzuch (albo zęby), to po pierwsze: masz prawo czuć się źle. I nie tylko Ty tak masz.

Po drugie: pomyśl, co tak naprawdę chcesz z tym zrobić? Zawsze jest kilka opcji – warto zrobić rachunek zysków i strat.

Być razem kosztem siebie?

Być razem, znaleźć to, co dobre? Złapać dystans?

Być razem, choć jest trudno, i świadomie dać komuś te kilka dni?

Być osobno z poczuciem straty?

Być osobno, odetchnąć z ulgą i zadbać o siebie?

Być osobno i dobrze się bawić?

Być osobno, i z tej odległości spróbować się dogadać?

A gdyby tak jakaś szybka fastryga – jakaś wspólna aktywność czy nieoczekiwana rozmowa przy lepieniu pierogów?

Jest dużo scenariuszy. To, na co masz wpływ, to zgoda lub niezgoda na to, by ktoś naciągał Twoje granice. Masz wpływ na to, jak zareagujesz. Co wybierzesz?

I by zakończyć akcentem realistycznym: gdy byłam mała, Wigilia była traktowana jako szczególny dzień. Babcia była przesądna i wierzyła, że „jaka Wigilia, taki cały rok”. Mój mądry mąż trochę to przekręcił, mówiąc – jaki cały rok, taka Wigilia. I z tym zdecydowanie mogę się zgodzić.

3 Replies to “Zanim zasiądziemy do stołu”

  1. Bardzo podoba mi się ten wpis. Jest mi bliski i trudno mi się z czymkolwiek w nim nie zgodzić :). Fajnie gdyby więcej osób miało możliwość przeczytania go :).

  2. Wydaje mi się, że dopóki w rodzinie są nasi rodzice, wspólne wigilijne spędzanie czasu będzie miało miejsce, zastanawiam się, co będzie dalej, kiedy już ich zabraknie, jak w małym gronie będziemy się spotykać, a czy nasze dzieci nie będą wolały wyjechać w tym czasie.

    1. Jeszcze mam na tyle małe dzieci, że raczej przez najbliższe lata będziemy spędzać Święta razem. A później – kto wie. Pewnie będę chciała, żeby byli ze mną. Może będą chcieli, może nie 😉 To już zobaczymy. Obyśmy mieli w przyszłości dobre relacje, żeby bycie razem było czymś wartościowym dla obu stron. Tego bym najbardziej chciała.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.